Historia mieszkańca: Pan Jan i jego 50 lat pracy w gorzowskiej stolarni

Wśród starszych mieszkańców Gorzowa jest wielu, którzy pamiętają czasy, gdy miasto wyglądało zupełnie inaczej. Jednym z nich jest Pan Jan, emerytowany stolarz, który przez pół wieku pracował w tej samej stolarni w centrum miasta. Jego historia to nie tylko opowieść o drewnie i rzemiośle, ale też o tym, jak zmieniał się Gorzów — kawałek po kawałku, deska po desce.
Zaczęło się od warsztatu
Pan Jan ma dziś 72 lata. Urodził się w małej miejscowości pod Gorzowem, ale jeszcze jako nastolatek przeniósł się do miasta. Jego ojciec pracował w tartaku, a dziadek robił drewniane beczki — można więc powiedzieć, że miłość do drewna miał we krwi.
W wieku 19 lat dostał pracę w stolarni przy jednej z bocznych uliczek nieopodal centrum. — Na początku byłem chłopakiem od zamiatania trocin — śmieje się dziś Pan Jan. — Ale już wtedy wiedziałem, że chcę zostać tu na dłużej.
Pół wieku w warsztacie
Przez kolejne lata Pan Jan nauczył się wszystkiego o drewnie. Robił okna, drzwi, meble, a potem — gdy przyszły czasy większych zamówień — także elementy wyposażenia szkół i urzędów.
Stolarnia, w której pracował, przetrwała zmiany ustrojowe, kryzysy i konkurencję dużych firm. — Najwięcej pracy było w latach 70. i 80. — wspomina. — Wtedy w Gorzowie wszędzie coś się budowało, a każdy nowy blok potrzebował stolarza.
Z czasem zakład stał się miejscem, do którego zaglądały całe rodziny — zamawiali szafki, naprawiali stare kredensy, pytali o porady. Dla Pana Jana to właśnie w tym była największa wartość — kontakt z ludźmi i satysfakcja, gdy klient wracał po latach.
Gorzów w oczach stolarza
Praca w stolarni pozwalała Panu Janowi obserwować zmiany w mieście. Pamięta, jak zniknęły drewniane okiennice z kamienic i jak powstawały pierwsze osiedla z wielkiej płyty. — Kiedyś drewno było wszędzie — mówi. — Dziś widać go mniej, ale ludzie znowu zaczynają je doceniać.
Pamięta czasy, gdy na ulicach królowały Syrenki i Trabanty, a robotnicy przychodzili do pracy z własnymi narzędziami w płóciennych torbach. Dziś jego dawna stolarnia wygląda już inaczej — stoi w tym samym miejscu, ale maszyny są nowoczesne, a młodych stolarzy można policzyć na palcach.
Ludzie się zmieniają, drewno zostaje
Dla Pana Jana drewno ma w sobie coś, co przetrwa każdy kryzys. — Mówią, że wszystko można dziś zrobić z plastiku albo metalu — uśmiecha się. — A potem i tak ludzie przychodzą po drewniany stół, żeby stał w domu na lata.
Choć od kilku lat jest na emeryturze, często zagląda do warsztatu. Lubi sprawdzić, co robią młodzi, pogadać z dawnymi kolegami, powąchać świeżo struganą deskę. — Jak ktoś raz poczuje zapach drewna, to już go nie zostawi — mówi.
Jak się żyje dziś
Pan Jan mieszka na tym samym osiedlu, na którym zaczynał pracę. Codziennie robi ten sam spacer — mija zakład, zagląda do małego skweru, który dawniej był placem budowy. Czasem siada na ławce z sąsiadami i wspomina, jak kiedyś sam robił parkowe ławki, które dziś ustępują miejsca nowym.
— Miasto się zmienia, ludzie się zmieniają — mówi Pan Jan. — Ale dopóki są tacy, co potrafią zrobić coś własnymi rękami, to nie wszystko stracone.
Pół wieku i kawałek historii
Dla Pana Jana stolarnia to nie tylko miejsce pracy — to część życia. Dziś młodsi rzadko zostają w jednym miejscu na tak długo. Dlatego jego historia przypomina, że w zwykłych murach warsztatu może kryć się historia miasta — zapisana w drzwiach, stołach, balustradach, które służą mieszkańcom do dziś.



